Lekcja z reprywatyzacji Chmielnej 70

Drukuj

O historii reprywatyzacji działki przy Chmielnej 70 napisano i powiedziano już bardzo wiele. Dokumenty tej sprawy wskazują jednak na jeszcze jeden istotny wątek, często pomijany w polemikach. Nie dotyczy on bezpośrednio tej posesji, ale jest ważny w kontekście dyskusji o narzędziach, jakimi dysponowały władze miasta w zarządzaniu procesem reprywatyzacji. Choć Hanna Gronkiewicz-Waltz i jej zastępcy odpierają zarzuty o sprzyjaniu podejrzanej reprywatyzacji, używając argumentu, że władze miasta nie posiadały skutecznych instrumentów do obrony przed reprywatyzacją w obliczu wyroków sądowych i decyzji Samorządowych Kolegiów Odwoławczych, lektura decyzji SKO dotyczącej Chmielnej 70 z dnia 10 maja 2010 r. pozwala na wyciągnięcie zgoła przeciwnych wniosków.

20140804573Artykuł 7 tzw. Dekretu Bieruta umożliwił dotychczasowym właścicielom gruntu, ich prawnym następcom będącym w posiadaniu gruntu lub reprezentującym ich osobom prawnym zgłoszenie wniosku o przyznanie na tym gruncie „prawa wieczystej dzierżawy z czynszem symbolicznym lub prawa zabudowy za opłatą symboliczną” w ciągu 6 miesięcy od dnia objęcia w posiadanie gruntu przez gminę. Gmina była zobowiązana uwzględnić taki wniosek, „jeżeli korzystanie z gruntu przez dotychczasowego właściciela da się pogodzić z przeznaczeniem gruntu wobec planu zabudowania” (później był to miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, mpzp). Tak więc zasadniczą przesłanką upoważniającą organ administracji do odmowy przyznania dawnemu właścicielowi prawa użytkowania wieczystego była niemożność pogodzenia korzystania z gruntu przez dotychczasowego właściciela z przeznaczeniem ziemi w planie zagospodarowania przestrzennego.

Podważenie owej niemożności pogodzenia interesów gminy i właściciela stało się także podstawą dla stwierdzenia przez SKO w 2010 r. nieważności orzeczenia z 1952 r. o odmowie przyznania prawa własności czasowej do gruntu nieruchomości przy Chmielnej 70. W przypadku tego gruntu wniosek o przyznanie prawa własności czasowej został złożony przez następców prawnych właścicieli w terminie, natomiast Prezydium Rady Narodowej w marcu 1952 r. odmówiło przyznania prawa własności czasowej z uwagi na fakt, że zgodnie z prawomocnym planem zagospodarowania przestrzennego teren nieruchomości przeznaczony był pod społeczne budownictwo mieszkaniowe.

SKO w swojej decyzji z 2010 r. zakwestionowało argumenty podane w tym orzeczeniu, wskazując, że plan Biura Odbudowy Stolicy obejmujący obszar przedmiotowej nieruchomości nie obowiązywał w dniu wydania orzeczenia. Zmiana systemu sprawowania władzy i wprowadzenie rad narodowych ustawą z 1950 r. spowodowało m.in. utratę mocy obowiązującej ustawy i powrót do planowania przestrzennego w Warszawie według procedur ustalonych w Dekrecie z 2 kwietnia 1946 o planowym zagospodarowaniu przestrzennym kraju (uzasadnienie decyzji SKO). Zdaniem SKO w dniu wydania kwestionowanego przez następców prawnych orzeczenia, tj. 10 marca 1952 r. obowiązywał więc na tym terenie plan zagospodarowania m.st. Warszawy z 1931 r., zgodnie z którym „przewidziano tu zabudowę zwartą do 6 (częściowo do 5) kondygnacji i 70 proc. powierzchni zabudowy”. Ten cel publiczny okazał się możliwy do pogodzenia z interesem następców prawnych właścicieli nieruchomości, a droga do zwrotu gruntu tym samym otwarta.

Podejmując ten tok rozumowania, przyjęcie planów zagospodarowania dla nieruchomości zagrożonych reprywatyzacją, nawet przy braku ustawy reprywatyzacyjnej, wydaje się skutecznym narzędziem, z którego nie skorzystały władze m.st. Warszawy. Wystarczyło – a dotyczy to szczególnie nieruchomości wykorzystywanych na cele publiczne – wskazać w mpzp konkretną funkcję publiczną, aby przynajmniej utrudnić wydawanie orzeczeń (próbowano to robić w ostatnich latach za pomocą mikroplanów, ale nawet przygotowanie mikroplanu dla jednego budynku przedszkola przy ul. Langiewicza trwało prawie dwa lata i do czasu przyjęcia tzw. małej ustawy reprywatyzacyjnej nie zostało zakończone). Podobnie istniała możliwość wskazania dla fragmentów obszaru planu funkcji zieleni parkowej, sportu, kultury, usług czy administracji. Wiele głośnych spraw dotyczących np. boiska przy ul. Foksal, gimnazjum przy ul. Twardej, działki przy ul. Szarej mogło zostać wyłączonych spod reprywatyzacji przez przyjęcie planu zagospodarowania.

Fakt, że obszar m.st. Warszawy jedynie w ok. 35 proc. pokryto miejscowymi planami zagospodarowania przestrzennego jest w tym kontekście jeszcze bardziej znamienny. Mapa mpzp w serwisie urzędu miasta jest obecnie (oby tylko chwilowo) niedostępna, jednak można się przekonać, że istnieje wyraźna pozytywna korelacja pomiędzy odległością od centrum i istnieniem mpzp – im dalej, tym więcej planów. Urbaniści jednak przyznają, jest to trend ogólny, a plany miejscowe w polskich miastach często powstają w miejscach o drugorzędnym znaczeniu, mniej atrakcyjnych z punktu widzenia inwestorów.

Procedura planowania zakłada możliwość partycypowania wszystkich zainteresowanych stron w decyzji o zagospodarowaniu przestrzennym, a często występujący konflikt pomiędzy interesem publicznym i prywatnym sprawia, że pozostawienie decyzji o przestrzeni wypadkowej sił poszczególnych aktorów oznacza preferencje dla podmiotów najsilniejszych, a nie zwykłych użytkowników przestrzeni. Właściwie przygotowany proces planowania umożliwia społeczności lokalnej zabranie głosu w sprawie swoich potrzeb, co jest podstawowym wyrazem demokracji. Tak więc brak planu oznacza wyeliminowanie części użytkowników z „gry o przestrzeń” i demokrację ułomną. Niewłaściwa definicja ustawowa przestrzeni publicznej i brak nakazu ustawowego tworzenia mpzp w świetle zagrożeń wynikających z braku planów nie może być traktowana jako usprawiedliwienie; to raczej zaniechanie rodzące ogromne koszty ekonomiczne i społeczne.

Oczywiście, nie chodzi o to, by zablokować zwrot zagrabionych majątków prawowitym właścicielom. Należy jedynie wskazać, że argument, jakoby nic nie dało się zrobić z powodu niewłaściwych ram prawnych nie jest do końca przekonujący, a władze miasta w przypadkach wątpliwych, gdzie istniały uzasadnione podejrzenia wyłudzenia albo reprywatyzacja kolidowała z interesem publicznym dysponowały narzędziami, aby ten proces zahamować. Obecne i poprzednie ekipy rządzące w ratuszu powinny zatem przyznać, że przez ostatnich kilkanaście lat nie miały pomysłu na to, jaką przyjąć linię postępowania, a więc świadomie nie korzystały z dostępnych narzędzi prawnych do zablokowania reprywatyzacji. Ponieważ główny aktor wycofał się z gry, strona ekonomicznie najsilniejsza samodzielnie przeprowadziła żywiołową, dziką reprywatyzację.

Dr Justyna Glusman dla Forum Od-nowa

Czytaj również