Lokalni wariaci, czyli głód kultury na prowincji

Drukuj

Nie tak dawno zawrzało w środowisku teatralnym po artykule opublikowanym w Gazecie Wyborczej, który napisali Monika Strzępka i Paweł Demirski. Tekst pod tytułem „Słobodzianek, idziemy po ciebie!” (Gazeta Wyborcza, 23 stycznia 2015) miał dowieść nieudolności dyrektora Tadeusza Słobodzianka w zarządzaniu czterema scenami Teatru Dramatycznego w Warszawie.

Teatr Dramatyczny, "Kobieta z morza", reż. Robert WilsonOczywiście, w komentarzach pojawił się głos, że może zła kondycja Teatru Dramatycznego jest wynikiem jeszcze gorszej decyzji prezydent Warszawy i radnych z listopada 2012 roku w sprawie połączenia różnych scen w jedną. Tym niemniej Strzępka i Demirski nie chcieli iść po Gronkiewicz-Waltz. Stwierdzili, że idą po Słobodzianka.

I poszli też, jak to się mówi, „po bandzie” w swojej krytyce. Całe to straszenie było kompletnie bez sensu, bo Strzępka i Demirski swoją medialną akcją wcale nie pomogli Dramatycznemu i skończyło się właściwie tylko na grożeniu palcem zza swoich okopów. Pewnie był to kolejny performance tego artystycznego duetu. Może jednak warto podyskutować, kim ma być dyrektor teatru, jaką misję ma pełnić teatr i jak powinien te działania wspierać między innymi samorząd, ale na gruncie prowincji? W mniejszych miastach czy miasteczkach sytuacja jest bowiem wielokrotnie gorsza. W stolicy mamy przynajmniej jeszcze o co walczyć. W innych częściach Polski są nie tylko miasta, a nawet całe powiaty, w których nie ma w ogóle życia teatralnego. Szkoda, że Strzępka nie mówi o tym, co dzieje się np. w Cieszynie – mieście, z którego w końcu wyszła jako artystka i debiutowała reżysersko. Scena Polska Teatru Cieszyńskiego o niej pamięta, a ona już chyba zapomniała.

Śląsk Cieszyński to ciekawy i złożony rejon pod różnymi względami. Tutejsza ludność od wieków dziedziczy potencjał artystyczny oraz pewien instynkt śpiewania, grania na instrumentach, tańczenia czy zajmowania się różnego rodzaju rękodzielnictwem, typu koronkarstwo, rzeźbienie w drewnie lub malowanie. Dość mocno zaznaczający się u mieszkańców regionu lokalny patriotyzm odzwierciedla tematyka twórczości. Często w poezji, utworach muzycznych czy sztukach plastycznych oddaje się zamiłowanie do Beskidów.

Uaktualniane przez lokalne samorządy opracowania o organizacjach i środowisku kultury potwierdzają, że środowisko artystyczne Śląska Cieszyńskiego jest zdominowane przez powyższy folklor. Mogłoby to budzić wyłącznie dumę i samozadowolenie całego społeczeństwa, ale tak nie jest. Region raczej przypomina skansen. Nie chodzi o wartościowanie pojęć, takich jak tradycja, historia czy lokalny patriotyzm. Tu, na Śląsku Cieszyńskim odbyło się już wiele debat poświęconych byciu tu stela (czyli „stąd”). Warto jednak podkreślić, że nie każdemu mieszkańcowi odpowiada życie w kulturowym skansenie. Problem stanowi fakt, że są tu także osoby (dotąd nie zbadano, ile dokładnie i czy stanowią mniejszość, czy większość odbiorców kultury w regionie), które chciałyby w sztuce także czegoś innego oprócz folkloru oraz to, że jak dotąd samorządy nie wypracowały takiej polityki kulturalnej, która doprowadziłaby do zaspokojenia tej potrzeby.

Na Śląsku Cieszyńskim brakuje na przykład ambitnych, dobrych teatrów z biletami w miarę przystępnej cenie. Od Katowic do Żyliny, od Bielska-Białej do Ostrawy – na tak ogromnym terenie właściwie nie ma życia teatralnego. Pewną oazą na tej pustyni jest Scena Polska Teatru Cieszyńskiego w Czeskim Cieszynie. Zespół działa z myślą o tym, by Zaolziacy mieli kontakt z żywą polską mową, ale rzecz jasna jest odwiedzany także m.in. przez mieszkańców powiatu cieszyńskiego. Polscy krytycy teatralni (z jedynym wyjątkiem piszącej te słowa) nie docierają jednak na premiery tego zespołu.

W Cieszynie po stronie polskiej funkcjonuje też Teatr im. Adama Mickiewicza, który jest samorządową instytucją kultury dotowana z budżetu miasta. To placówka działająca bez etatowych artystów, więc nie odbywają się tam premiery i przedstawienia z udziałem stałego zespołu. Jest za to dyrektor i jedenastu innych pracowników, a ponadto odźwierny oraz szatniarki. Znajdzie się pewnie też osoba, która posprząta po gościnnych występach. Są to m.in. farsy z udziałem celebrytów, popisy znanych kabaretów czy koncerty gwiazd estrady. Jednak, co warte zaznaczenia, te widowiska organizuje zewnętrza firma, a nie dyrektor… Teatr tylko wynajmuje przestrzeń.

Przejdźmy jednak dalej, abstrahując od swoją drogą ciekawego pytania, za co w takim razie pobiera pensję dyrektor tzw. Teatru im. Adama Mickiewicza (zresztą, to dużo szersze pytanie o sens i rolę instytucji kultury w Polsce, vide: http://forumodnowa.pl/index.php/teksty/20-polityki-sektorowe/7-panstwo-w-kulturze-czy-kultura-w-panstwie-o-instytucjach-kultury). Ważniejsza jest bowiem kwestia misji teatru. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że ma on zapewniać rozrywkę. Jasne, ale nikt nie oponuje także wtedy, gdy mówi się, iż teatr ma uczyć, prowokować do przemyśleń, wywoływać dialog społeczny, czyli pełnić poważniejsze funkcje. W tej sytuacji ratunkiem dla złaknionych wartościowych przedstawień mógłby być w regionie także teatr niezależny. Ale i w tej kwestii Śląsk Cieszyński nie ma się czym pochwalić. Mimo że w mieście działa Uniwersytet Śląski z wydziałami artystycznymi, kultura alternatywna nie zawsze miała tutaj z górki, a obecnie można zaobserwować zatrważający zanik wszelkich tego typu przedsięwzięć. Ostatni bastion teatru niezależnego na Śląsku Cieszyńskim, czyli Teatr CST Bogusława Słupczyńskiego z Cieszyna, ma – wynikające z różnych przyczyn – duże problemy z utrzymaniem swojej działalności.

Co na to włodarze poszczególnych jednostek samorządowych? Burmistrz? Starosta? Radni? Niedawno rozpoczęła się VII kadencja, więc naiwnym i niesprawiedliwym byłoby już teraz podsumowywać ich działania na rzecz kultury. Samorządowcy potrzebują trochę czasu i należy im go dać. Tym niemniej widać, że nie do końca zdają sobie sprawę z wagi problemu. Przykładowo, na pytanie o rozwiązanie kwestii zapaści teatru niezależnego bąkają, że nie są w stanie zaradzić tak indywidualnej sprawie. To pokazuje, że nie rozumieją, że brak teatru w mieście, a nawet całym regionie to bardzo poważny problem uniwersalny. Można też odnieść wrażenie, że kultura jest tym, na co samorządowcy znajdują czas dopiero po godzinach, maksymalnie zmęczeni po całej dniówce i sześciogodzinnych obradach na sesji do późna w nocy. Wiadomo, że najpierw są plany budżetowe, potem łatanie dróg, dbałość o spółki komunalne, poszukiwanie pieniędzy unijnych itp. Widać ich bezradne, puste, kpiące lub po prostu zmęczone spojrzenia, gdy tłumaczą, że jest ten tort zwany gminą, który przy planowaniu wydatków trzeba kroić na coraz cieńsze kawałki, by jak najwięcej chętnych mogło dostać nawet ten mały grant (pieniądze przyznawane przez miasto na określoną działalność na wniosek np. organizacji, ale wcześniej niezapisane w planie budżetowym).

Włodarze i radni powinni uświadomić sobie, że brak teatru i niemal zupełne odcięcie od sztuki ambitnej jest niebezpieczne dla miast, bo usypia mieszkańców i pogrąża ich w marazmie, co nie sprzyja rozwojowi oddolnych inicjatyw. Tłumaczenie tych spraw i punktowanie samorządowcom problemów kultury w mieście biorą najczęściej na siebie lokalni działacze niezrzeszeni lub zebrani wokół aktywnych organizacji pozarządowych. Odbywane już wielokrotnie rozmowy na temat takich zjawisk, jak miastotwórcza moc kultury czy kapitał kultury kończą się kiwaniem głowami, a potem znów wszystko się rozmywa. Samorządowcy wracają do swoich gabinetów, gdzie są zalewani potokiem słów kolejnych petentów. Tymczasem lokalni artyści i działacze kultury są partnerami, a nie petentami! Niestety, często traktuje się ich jak namolną klientelę.

Stan kultury na Śląsku Cieszyńskim poraża niemal całkowitym zanikiem życia teatralnego i zwyczaju chodzenia do teatru. Wynika to po części ze złego sposobu zarządzania (lub po prostu jego braku) poszczególnymi samorządowymi instytucjami kultury. Głód teatru czasami jest także tłumiony przez rozrywkowy fast food. Władza samorządowa nie podjęła jeszcze żadnych zdecydowanych kroków, które przyniosłyby poprawę tej sytuacji, a ponadto wciąż niedostateczna jest efektywność współpracy samorządów i organizacji pozarządowych zajmujących się kulturą. Pojawiają się coraz częściej wzajemne roszczenia i oskarżenia o pasywność. Tymczasem ani jednej, ani drugiej stronie nie można zarzucić lenistwa. Problem polega na tym, że nie działają wspólnie, a przez co wiele czynności się pokrywa, prowadząc do straty czasu i pieniędzy.

Może pomogłoby, gdyby Monika Strzępka w największych mediach zatrąbiła o problemie teatru na Śląsku Cieszyńskim? Może to pobudziłoby u samorządowców większą werwę do pracy na rzecz kultury, a w szczególności teatru w ich miastach? Kto wie… Tymczasem w gabinetach lokalnych samorządów wciąż lobbują ci sami lokalni zapaleńcy, którzy stracili już chyba posłuch i uważa się ich za lokalnych wariatów tylko dlatego, że chcą wysokiej kultury…

Małgorzata Bryl (dziennikarka, teatrolog, kulturoznawca) dla Forum Od-nowa

Czytaj również