Sztucznotwór warszawski

Drukuj

Obóz rządzący nie ustaje w produkowaniu kolejnych pomysłów na rzekome „poprawianie” samorządów. Zaraz za postulatem ograniczenia liczby kadencji wójtów, burmistrzów, prezydentów miast – kontrowersyjnym prawnie (zamach na bierne prawo wyborcze) i ideowo (łamanie jednej z podstawowych zasad demokracji) – pojawił się poselski projekt zmiany ustroju Warszawy.

Zamek Królewski, Warszawa, fot. Rafał NowakPod tym hasłem kryje się chęć przyłączenia do stolicy 32 dookolnych gmin i utworzenie w ten sposób aglomeracji liczącej ok. 2,5 mln mieszkańców, o pięciokrotnie większej powierzchni niż obecnie. Ten sztucznotwór miałby pełnić funkcję „superpowiatu” – odpowiadać za zagospodarowanie przestrzenne, drogi, transport publiczny oraz koordynować wykonywanie pozostałych zadań wchodzących w jego skład gmin.

Jednak ta idea, nad którą pracował zespół pod wodzą posła Prawa i Sprawiedliwości, Jacka Sasina, jest całkowicie nietrafiona, a wręcz groźna. Po pierwsze i najważniejsze, o chęci przyłączenia do danego miasta mają decydować sami zainteresowani członkowie wspólnot, a nie władza centralna. W tym więc przypadku we wszystkich 33 gminach powinny odbyć się referenda lokalne, najlepiej poprzedzone konsultacjami społecznymi, o czym projektodawcy ustawy milczą (a poseł Sasin wręcz poddaje w wątpliwość jego sens). Rzecz w swoje ręce wzięli więc radni Warszawy i na 26 marca zapowiedzieli referendum. Pytanie, czy mieszkańcy Ząbek, Nadarzyna czy Brwinowa również będą mieli szanse zabrać głos.

Po drugie, jakiekolwiek zmiany na mapie podziału terytorialnego Polski (tu: wyłączanie poszczególnych gmin podwarszawskich z ich dotychczasowych powiatów, utworzenie „superpowiatu”) muszą mieć charakter systemowy, a nie incydentalny i nie mogą być podejmowane pod wpływem bieżącego interesu politycznego rządzących. Jeśli chcielibyśmy redefiniować kształt wspólnot, celem działań miałoby być dostarczenie trwałych metod ustawowych, opartych o wolę mieszkańców. W wypadku Warszawy takiego podejścia nie widać. Przeciwnie: istnieje uzasadniona obawa, że PiS, nie dysponując wystarczającym poparciem osób zamieszkałych w obecnych granicach Warszawy, szuka sposobu na zwycięstwo w zbliżających się wyborach samorządowych w przeformatowaniu tkanki społecznej stolicy. Zabieg taki dobrze znamy z czasów PRL-u, kiedy obok inteligenckiego Krakowa zbudowano robotnicze osiedle Nowa Huta, by osłabić „profesorskie” i nieprzychylne komunistom oblicze grodu.

Po trzecie, konsolidacja gmin w większe organizmy musi być zawsze poprzedzona rzetelnym przedstawieniem mieszkańcom uzyskanych korzyści i poniesionych kosztów. Dopiero na tej podstawie obywatele mogą zdecydować, czy chcą przyjąć proponowaną zmianę. Tymczasem takiej do tej pory nie ma. Co gorsza, uzasadnienie projektu ustawy napisano w sposób kuriozalny: na 7 stronach tekstu nie padają żadne fakty czy liczby; całość opiera się na przepisywaniu punktów ustawy i uznaniowym, nie popartym argumentami twierdzeniu, że większa Warszawa będzie lepiej zarządzana (w rzeczywistości może być dokładnie odwrotnie, ale o tym za chwilę).

Przy sumowaniu zysków i strat powołania „superpowiatu” powinna obowiązywać strategia win-win, tzn. że każdemu połączenie się opłaci. Tymczasem już teraz podnoszą się mocne głosy nie tylko Warszawy, która jako najbogatsza gmina Mazowsza (dochód na mieszkańca blisko 8000 zł) będzie musiała wziąć na siebie ciężar utrzymywania biedniejszych samorządów (np. Wołomina czy Zielonki, z dochodem na mieszkańca oscylującym w okolicach 3 tys. zł), ale i gmin ościennych protestujących przeciw idei odgórnego przyłączenia. Włodarze Wołomina, Ożarowa czy Legionowa podnoszą argument, że będą musieli realizować centralne pomysły „superpowiatu”, zamiast dbać o dobro własnych społeczności lokalnych. Z drugiej strony, np. burmistrz Ząbek opowiada się za przyłączeniem. Widać więc, że temat jest kontrowertsyjny i wymaga głębiokiego namysłu oraz przedstawienia konkretnych „za” i „przeciw” z perspektywy administracyjno-finansowo-ideowej, których próżno szukać w fatalnie przygotowanym projekcie ustawy (zresztą, brak argumentów merytorycznych jeszcze bardziej demaskuje polityczny charakter tego pomysłu).

Po czwarte, przy źle skonfigurowanym w 2002 r. ustroju Warszawy, gdzie 18 dzielnic stanowiących jednostki pomocnicze samorządu dysponuje śladowymi kompetencjami (nie są gminami) oraz zerową samodzielnością w kształtowaniu budżetu, dołączenie do niej kolejnych jednostek, tym razem o statusie gminy, doprowadzi niechybnie do zwiększenia problemów zarządczych. Projekt ustawy przewiduje powstanie aż trzech poziomów rad: rada „superpowiatu” warszawskiego, składająca się z 50 osób wybieranych po jednej z każdej dzielnicy i gminy (czyli jednego radnego będzie miała zarówno 220-tysięczna dzielnica Mokotów, jak i 12-tysięczna gmina Wiązowna), 31-osobowa rada samej Warszawy oraz rady dzielnic/gmin. Na pierwszy rzut oka widać, że taka multiplikacja ośrodków zarządzania (oraz dziwna konstrukcja tożsamości burmistrza gminy Warszawa z prezydentem miasta Warszawa) prowadzić będzie do problemów z adekwatną reprezentacją, sporów przy podejmowaniu strategicznych decyzji, bałaganu i braku przejrzystości procesu zarządczego. Zmniejszy się również rola włodarzy podwarszawskich gmin, choć w teorii ich kompetencje pozostaną niezmienione. Trudno też sądzić, że da się pogodzić interesy gmin ościennych i samej Warszawy, jeśli już teraz poszczególne dzielnice stolicy nie potrafią uspójnić swoich stanowisk (vide projekt Most Krasińskiego, skutkujący konfliktem Pragi z Żoliborzem), a działający od paru lat Warszawski Obszar Metropolitalny jest mało skuteczny.

Trzeba wreszcie pamiętać, że konsolidacja jakichkolwiek podmiotów samorządowych jest długotrwałym procesem, opartym o wspólnotę realizacji zadań i „docieranie się” partnerów – w krajach, które z sukcesem wdrażają łączenie gmin (Dania, Szwecja, Japonia, Niemcy, Holandia, Francja) zaczyna się od współpracy międzysamorządowej na konkretnych polach, a dopiero później podejmuje decyzje terytorialne. Nigdy na odwrót. Nie sposób więc wyobrazić sobie, że w jednym momencie, „na hurra!”, przyłączy się do dużego miasta ponad 30 jednostek, gdyż spowoduje to niebywały chaos, skutkujący problemami z zapewnianiem usług publicznych. Należałoby skupić się więc raczej na sprawnym ustaleniu generalnej metody administrowania i rozwiązywania problemów wszystkich aglomeracji, np. poprzez uchwalenie holistycznej ustawy metropolitalnej, niż fundować całemu krajowi warszawski „sztucznotwór”. Problem zarządzania metropolią dotyczy bowiem także Trójmiasta, Śląska, Krakowa czy Poznania i ustawa o ustroju Warszawy może stać się niebezpiecznym precedensem dla tych miast.

Agata Dąmbska dla Forum Od-nowa

Czytaj również