Za starzy na świat?

Drukuj

Senior jest dobry, jak się na coś przydaje: upiecze ciasto, zaopiekuje się dzieckiem, weźmie na siebie kredyt, przepisze mieszkanie. Zdarza się, że powie coś zabawnego o dawnych czasach, byle tylko krótko i nie powtarzał pięć razy tego samego. No, i ma być zdrowy – jeśli przyjdzie mu do głowy zachorować, niech nie liczy na pomoc. Są przecież domy opieki czy szpitale. Nikt nie ma cierpliwości, czasu i warunków, aby go niańczyć.

 Straszna wizja? Przesada? Oczywiście, nie wszyscy tak myślą i postępują. Ale trudno się oprzeć wrażeniu, że stara osoba ludziom zawadza. Zresztą, często sama czuje się niepotrzebna, nad czym bardzo boleje. Dzieci się usamodzielniły, wyprowadziły, żyją w swoim świecie, gdzie brak miejsca na starość. Brak też ochoty do patrzenia na nią – jest brzydka, powolna, czasem nieładnie pachnie. Do tego zapomina, krzyczy bez powodu, trzęsą jej się ręce. Jest jeszcze „starość młodsza”, która stara się trzymać, być użyteczną, walczyć o swoje miejsce. Przed wyjściem z domu nakłada makijaż na pomarszczoną twarz, dba o dobrą wodę kolońską, organizuje czas wnuczkom, spotyka się z sąsiadami. I – jak mówią filmy – czasem nawet się zakocha. Problem w tym, że i takiej starości nasze społeczeństwo nie chce.

W kawiarni kelnerzy patrzą podejrzliwie – ma pieniądze, zapłaci? Nie odstraszy innych gości? Na ulicy pędzący młodzi popychają. W sklepie niecierpliwią się, że tak wolno wystukuje PIN do karty. Gdzie jest więc przestrzeń dla starości? W domu? A jeśli tam czai się samotność? Bo rówieśnicy pomarli albo przenieśli się do innych miast. Bo sąsiedzi mają swoje sprawy. Bo rodzina przyjeżdża tylko parę razy w roku. Zostaje telewizor. Telewizor i radio. Wnuk miał nauczyć korzystać z Internetu, ale zapomniał. Siostrzenica chciała zabrać na wycieczkę, ale zepsuło jej się auto. Córka obiecywała podłączyć skype, ale stale jest w delegacjach i wpada tylko na pięć minut, pocałować w czoło i zapytać, co słychać. A co ma być słychać? W gazetach stale to samo. I porozmawiać nie ma z kim. Jak już ktoś się znajdzie, na przykład na spacerze z psem, lepiej mówić krótko. Żeby nie powiedział, że stary zanudza. Bo wtedy już więcej nie podejdzie. A krótko czasem się nie da. Myśli już nie takie szybkie, jak kiedyś. I chciałoby się komuś ten cały świat, długi przeżyty świat, opowiedzieć.

Ale na tym nie koniec. Również państwo wyklucza osoby starsze. Już ponad 16% Polaków stanowią osoby po 65 roku życia, w dodatku najczęściej schorowane i nieaktywne. 75% z nich ma nadciśnienie, 50% kłopoty ze wzrokiem. Cierpią też na otyłość. Tymczasem, jak podaje serwis PolSenior, w Polsce jest 600 łóżek na oddziałach geriatrycznych, a zgodnie ze standardami unijnymi powinno być 7,6 tys. Osoby starsze mało podróżują, rzadko angażują się społecznie. W porównaniu do przeciętnego mieszkańca krajów zachodnich, spędzają czas głównie w domu. Brakuje centrów dla seniorów, zupełnie nie działa system opieki społecznej czy jakże popularny choćby w Niemczech czy krajach skandynawskich model „personal assistant”.

Zadania często nie ułatwia postawa samych seniorów: większość z nich jest bierna i skutecznie opiera się wszelkiej aktywizacji. Choć oczywiście można spotkać na ulicy uprawiającego jogging pana po siedemdziesiątce czy dwie sześćdziesięciolatki na rowerach, ale należy to do zdecydowanej rzadkości i charakteryzuje raczej mieszkańców większych miast, o wyższym statusie społecznym. Gros osób starszych zadowala się aktywnością pt. robienie zakupów czy wyjście do kościoła.

Na wsi osoby starsze lepiej wpisują się w naturalne funkcjonowanie wspólnoty – do późnego wieku pracują w domu lub ogrodzie, ale grozi im wykluczenie kulturowe. Rzadko jeżdżą do miasta, nie korzystają z kin czy nawet restauracji, niechętnie zaznajamiają się z nowymi osobami, nie poszerzają swojego kręgu zainteresowań. Owszem, z jednej strony cywilizacja przyspieszyła na tyle, że posuniętemu w latach człowiekowi trudno jest za nią nadążyć, ale z drugiej, zatracenie ciekawości poznawczej prowadzi do znalezienia się na obrzeżu życia.

Ciężar włączania ludzi wiekowych w normalne funkcjonowanie społeczne wzięły na siebie organizacje pozarządowe. Wprawdzie to temat o wiele mniej nośny i „fotogeniczny” (by nie użyć okropnego anglicyzmu „sexy”) niż zajmowanie się np. małymi dziećmi, ale powstało kilka ciekawych inicjatyw. Problem w tym, że są relatywnie mało rozreklamowane, więc nie wszystkie osoby potrzebujące mają szanse dowiedzieć się o ich istnieniu. Przeszkodą jest także pewna bariera wstydu u samych seniorów: całe lata byliśmy samowystarczalni, a teraz ktoś ma nam organizować czas?

Nie należy też zapominać o tym, że znaczna grupa dzisiejszych emerytów, czyli roczniki okołowojenne, jest po prostu bardzo zmęczona codziennością. Funkcjonowanie w trudnych czasach PRL-u odcisnęło swe piętno szczególnie na kobietach: przedwcześnie postarzałych, zarobionych, z żylakami od ciągłego stania w kolejkach, nie mających czasu na dbanie o włosy, paznokcie czy cerę. To stale różni Polaków i ludzi z krajów byłego bloku wschodniego od prowadzących relatywnie wygodniejsze życie seniorów z Europy zachodniej. Są oni także bardziej mobilni i z większym optymizmem patrzą na starość (w Polsce co trzecia osoba starsza choruje na depresję). Uważają ją za okres realizacji swych hobby, np. zwiedzania świata czy prac artystycznych. Jednym z kluczowych powodów takiego stanu rzeczy są tu – oczywiście – pieniądze: dla statystycznego obywatela Danii zakończenie pracy nie oznacza krachu finansowego i konieczności oszczędzania na jedzeniu. Wręcz przeciwnie: najczęściej osoby te przechodzą na wyższy poziom materialny, ponieważ gros posiadanych środków mogą przeznaczyć na swe własne potrzeby, a nie np. na wychowywanie dzieci. Ale problem leży też po prostu w ludziach – u nas nie kultywuje się zainteresowań, mało działa „na zewnątrz”, społecznie, a aktywność kanalizuje w rodzinie. Nic więc dziwnego, że gdy tej ostatniej zabraknie, trudno odnaleźć cel. A do szukania nowego nie zawsze są motywacje i siły.

Co zatem można zrobić, by próbować walczyć z negatywnym trendem odsuwania osób starszych na boczny tor? Zaczynając od własnego poletka: przede wszystkim uświadamiać im, że są ważne. Że dużo wiedzą, potrafią, mogą przekazać. Nie unikać pytania ich o radę, proszenia o pomoc. Jeśli nasz wiekowy sąsiad umie naprawiać rowery, niech od czasu do czasu poprawi nam działanie przerzutki. Jeśli starsza pani w kiosku czyta namiętnie prasę codzienną, niech wskaże artykuł godny uwagi. Im więcej okażemy osobom starszym autentycznego zainteresowania, tym bardziej będą czuły się potrzebne. A więc szczęśliwsze. Czyli zdrowsze.

Po drugie, rozejrzyjmy się wokół siebie, czy jakiś senior nie potrzebuje naszej, z kolei, pomocy. To nie zawsze musi oznaczać przysłowiowe robienie zakupów czy wykupienie leków w aptece. Może chciałby, abyśmy coś sprawdzili mu w Internecie? Czegoś wzajemnie od siebie się nauczyli? O czymś podyskutowali, pospierali się? Zajrzeli na herbatę raz na jakiś czas – nawet po to, by posłuchać o jego dolegliwościach (nam to naprawdę nie zaszkodzi!)? Rzecz nie w tym, by z pomocą się narzucać, ale pokazać, że jest się w pobliżu.

Elementarz to ustępowanie miejsca w środkach komunikacji, pomoc w sytuacjach, gdzie starsza osoba sobie nie radzi (podniesienie bagażu, przytrzymanie drzwi itp.). Niżej podpisanej zdarzyło się co prawda pewnego razu, że za chęć przepuszczenia staruszki przy wsiadaniu do autobusu została porządnie obita parasolką („jeszcze nie jestem taka stara!” krzyczała emerytka), ale naciąć można się zawsze i na każdego, co nie zwalnia z podstawowej grzeczności. Mało tego: miejmy odwagę, by głośno i wyraźnie wymagać uprzejmego zachowania wobec osób w podeszłym wieku także od innych ludzi. Twórzmy klimat sprzyjający seniorom. Sami też nimi będziemy.

Osobnym tematem, którego nie unikniemy, jest kwestia ich choroby i – później – niedołężności. W licznych dyskusjach przewijają się trzy podstawowe warianty: opieka na własną rękę, opieka prywatna i dom opieki. Zdając sobie sprawę, że każda sytuacja wymaga innego podejścia i musi być rozpatrywana indywidualnie, a państwo nie gwarantuje – mimo konstytucyjnych deklaracji – skutecznej pomocy (miejsca w ośrodkach są drogie, czas oczekiwania długi, nie ma wystarczającej liczby ośrodków pobytu dziennego itp.), relatywnie dobrym sposobem jest zatrudnienie prywatnej opieki domowej. Finansowo wychodzi podobnie do umieszczenia seniora w domu opieki, a jednak jego komfort życia będzie o wiele wyższy. Przed podjęciem decyzji niezbędne jest porozmawianie z samym zainteresowanym – może się okazać, że woli przebywanie z innymi ludźmi w ośrodku niż z opiekunem na własnych śmieciach. Tym niemniej trzeba brać pod uwagę, że standard „domów złotego wieku” najczęściej urąga ludzkiej godności.

Na samym końcu – last but not least – pora przejść do rozwiązań systemowych. Należy głęboko przemyśleć zasady działania ośrodków opieki społecznej. Powinny one podążać za potrzebami pacjentów, a nie być kolejną obowiązkową instytucją państwa (tym razem uosobionego przez samorząd), w której liczy się wypełniony formularz i „odhaczenie” załatwionej sprawy. Trzeba badać efektywność ich działania, np. poprzez ocenę stanu satysfakcji pacjenta ze zrealizowanej usługi. Można zastanowić się nad wprowadzeniem (wzorem krajów skandynawskich) szkoleń dla rodziny chorego – ucząc ją opieki nad pacjentem, sadzania go, podnoszenia, karmienia, przewijania, reagowania na różne, nieraz dziwaczne zachowania itp. Pracownicy OPS-ów muszą mieć możliwość szybkiego skierowania człowieka znajdującego się w pogarszającym stanie do domu opieki całodobowej lub szpitala. A system opieki zdrowotnej nie obejdzie się bez kształcenia specjalistów w zakresie geriatrii i uruchamiania jej oddziałów.

Nie wszystko jednak musi wykonywać państwo: równie istotna jest przecież np. profilaktyka zachorowań. A zachęcać seniorów do uprawiania sportu, badań okresowych czy propagować zdrowe odżywianie mogą organizacje pozarządowe. I my wszyscy.

Agata Dąmbska dla Forum Od-nowa

Czytaj również